|
she could have been one of the bitches but she is actually alright 2008 :1211100908070605040302 [1]26/11/2008 23:40 lece do polandii na pogrzeb. nie lubie tak sie pakowac w samo centrum wydarzen i generalnie wolalabym sobie tutaj spokojnie z puszka piwa i paczka chusteczek ogladac hollyoaks i oswajac sie z mysla ze nigdy nikt sie juz tak nie bedzie cieszyl na moj przyjazd jak on. musze tylko ogarnac uczelnie, zaliczenia i eseje jakos w miedzyczasie bo znow nie bedzie mnie na zajeciach forever. [2]28/10/2008 23:07 na uczelni znowu wszystko na ostatnia chwile (chyba nigdy sie nie naucze systematycznosci). ja znowu jestem bez pracy, bez kasy i z marna perspektywa szybkiego polepszenia sie sytuacji. okazalo sie ze dziadek ma zaawansowanego raka lewego pluca z przerzutem na watrobe i raczej niewiele da sie zrobic. duzo moze sie zmienic w ciagu miesiaca. [4]23/09/2008 22:30 a w ogole to bylo tak: najpierw couchsurfing w berlinie przez szesc dni. i przypadkowe spotkanie z silvia. potem couchsurfing i odwiedziny u sandry w barcelonie przez dziewiec dni. dobre jedzenie, dobry alkohol, swietna pogoda, spanie do poludnia, duzo zwiedzania i jeszcze wiecej nowych znajomych. superfajnie :) [2]22/09/2008 23:30 "i don't want to feel like i don't have a future. i don't want to feel like it's an end of the summer. i don't want to spend another day in this city. i woke up thirsty, it's hard to go back you know" jesienne przesilenie, pourlopowa depresja czy cholernie bolesne zderzenie z rzeczywistoscia? bo te wakacje byly superfajne. [3]01/09/2008 19:21 siedze u mamy. nie ma to jak u mamy. tu mam caly czas swoj pokoj zupelnie taki sam jak w liceum. spie do poludnia, biore dlugie kapiele, duzo czytam i troche slucham muzyki. objadam sie zalewajka ze swiezymi grzybami, najtlustszym baleronem i jablecznikiem babci. z mama gotujemy, lazimy po sklepach a wieczorem siedzimy w kuchni, pijemy piwo i duzo gadamy. jest fajnie. szkoda ze tak nie moze byc zawsze. i jeszcze bylismy we wladyslawowie. bo polskie moze jest naj nawet kiedy nie ma pogody. i smazona ryba i ziemniaki z maslem czosnkowym sa tez naj. staje na wadze i nie moge uwierzyc ale co mi tam sa wakacje i chyba jestem szczesliwa :) [1]20/07/2008 15:35 nauczylam sie kilku nowych rzeczy o sobie. na przyklad to, ze z daleka od wielkiego miasta, bez sklepow, nieskonczonej ilosci rozrywek i z limitowanym dostepem do internetu nie potrafie normalnie funkcjonowac. raczej wegetuje :/ jeszcze 2 dni, 11 godzin w pociagu i bede w domu. z metrem, calodobowymi supermarketami i liczba pubow/klubow/barow przewyzszajaca liczbe dni w roku :) bo wszedzie dobrze ale w domu najlepiej. jeszcze 2 dni i wakacje!!! tylko gdzie jest lato? * "niech przysnia sie wakacje co wiecznie beda trwac, leze w samym sloncu, mam dwanascie lat" :) [5]19/06/2008 21:37 cieplo, zimno, slonce nie zachodzi do jedenastej wieczorem, portugalia odpadla z euro 2008 (polska tez), all work no fun czyli generalnie nuda i nic sie nie dzieje. jestem tak daleko od cywilizacji ze zeby polaczyc sie z internetem biegam z latopem po podworku w poszukiwaniu sygnalu :) klotnie z mama i bole glowy ostatnio tylko o pieniadze. niefajnie. [5]12/06/2008 15:19 przepakowywanie, bo wczoraj wrocilam z portugalii a jutro jade do szkocji. w porto bylo slicznie. tyle slonca nie widzialam odkad mieszkam na wyspach (moja skora tez nie i tak chlonela promienie uv ze przez kilka dni nie moglam sie dotknac i powaznie rozwazalam spanie na stojaco). ladne plaze, mili ludzie i dobre piwo. ania/the perfect host pokazala mi wszystko co bylo do zobaczenia i robila najlepsza jajecznice z boczkiem i ryz ze szpinakiem :) szkoda tylko ze tak krotko, szczegolnie ze londyn przywital deszczem i 40 minutami czekania na autobus do domu. [0]06/06/2008 08:33 feels like a chapter of my life just came to an end. oh and i will miss them guys... chasing the sun in porto till wednesday :) *looptroop :: you make me feel so good :: [2]01/06/2008 19:53 i strongly believe that i was born to shop and i'm most likely to die from bacardi&coke overdose :) piatkowa impreza pozegnalna w pracy sie udala. upilam sie (jednak jeszcze potrafie), zgubilam bilet, ale w szpilkach wytrzymalam caly wieczor. w czwartek o polnocy oficjalnie koncze swoja przygode z st stephen's. filmowo/ksiazkowo: pora umierac. na poczatku mi sie nie podobalo, w polowie sie poplakalam i do konca juz nie moglam przestac. grotesque by natsuo kirino (jej druga ksiazka przetlumaczona na angielski). powiesc kriminalna o japonskich prostytutkach, siostrzanej nienawisci i szukaniu celu w zyciu. [3]22/05/2008 00:38 22 :) [2]05/05/2008 20:35 mimo wypicia dziesieciu bacardi and coke nie potrafie sie upic. niektorzy rozmawiaja o pracy. inni po hiszpansku. a ja chcialabym juz isc do domu. tak wygladala wczorajsza impreza w pracy. giusy mowi ze sie starzejemy. szkoda ze w wieku dwudziestu jeden lat. na stres przed koncem semestru reaguje sprzataniem calego mieszkania i obzeraniem sie budyniem czekoladowym zamiast kolacji. i tak znowu nie zdaze ze wszystkim. [2]25/02/2008 04:43 Sleeplessness in Lewisham ;) [1]23/02/2008 11:23 world in grey-scale. english weather sux, innit! |